Bieganie – relacja na gorąco

4576707717_24a6480daa_n

Moje doświadczenie z bieganiem nie jest imponujące. Poza obowiązkowymi lekcjami wuefu i sporadycznymi wyprawami z koleżankami nie miałam się czym pochwalić. Potem, w trakcie kolejnych długich studenckich wakacji pomyślałam, że może warto pożytecznie wykorzystać ten czas i rozpocząć eksperyment z bieganiem. Żeby nie było mi smutno samej, do wspólnego biegania zaprosiłam mojego psa i razem wyruszyliśmy na nasz pierwszy trening.

Już po dwóch, może trzech minutach biegu zaczęłam podejrzewać u siebie stan przedzawałowy i atak astmy jednocześnie. Nie pozostało mi nic innego jak przejść do marszu i po odzyskaniu jako takiej świadomości spróbować przejść do truchtu. W ten sposób jakoś udało mi się przetrwać pół godziny. Następnego dnia znowu wyruszyłam w trasę. Pod koniec tygodnia pół godziny biegu nie było problemem, zwiększyłam też tempo biegania, a także dołożyłam serię ćwiczeń wzmacniających w domu. Były to głównie pompki (gwoli ścisłości, za pierwszym razem udało mi się zrobić pół pompki, tzn. tę część „w dół” i to było na tyle), ćwiczenia na brzuch i nogi. Po jakichś dwóch tygodniach okazało się, że godzina biegania  jest dla mnie dużą przyjemnością (pies był  najwidoczniej innego zdania, bo codziennie dokładnie po pół godzinie biegu zostawiał mnie i wracał do domu) i bez problemu robię po 25 pompek w serii. Jak na mój biceps o obwodzie około piętnastu centymetrów to był niezły wynik. Po miesiącu studenckie wakacje się skończyły, podobnie jak moja przygoda z bieganiem, ale dowiedziałam się, że bieganie może być dla mnie przyjemnością i regularnie ćwicząc robię postępy. I tak niepostrzeżenie minęło parę ładnych lat.

 

foto01

 

Dzisiaj, w pracy, rozmyślając na temat nadchodzącego weekendu wpadam na pomysł: bieganie. Postanowiłam działać natychmiast. Skoro mamy piątek i jest ładna pogoda trzeba to wykorzystać. W sobotę i niedzielę będzie mi również łatwiej znaleźć czas na bieganie niż w czasie tygodnia pracy i w ten sposób, zanim opuści mnie zapał, zaliczę już trzy treningi . Po południu, jak zwykle zresztą, czekało mnie usypianie synka. Tym razem udało mu się dość szybko zasnąć, czyli na razie los mi sprzyjał. Postanowiłam, że będę biegać (lub iść) przez pół godziny. Ruszyłam do szaf w poszukiwaniu czegoś, w czym będę mogła biegać. Znalazłam dwie pary spodni od dresu, które stanowią mój domowy strój, niestety, nie nadają się.Jedna para jest przykrótka, druga jakaś zmechacona i bezkształtna. Po dłuższym grzebaniu znajduję jeszcze jedną parę. Spodnie są trochę za duże, ale praktycznie nieużywane. Zakładam do nich bawełniany golf a na to polar. Na szczęście kiedyś kupiłam parę sportowych butów, są w niezłym stanie i na początek mogą być. Podczas szukania kluczy dochodzi mnie z sypialni cichutkie: ma-ma, ma-ma! Próby powtórnego usypiania bez sukcesu, już wydaje mi się, że z moich planów nic nie wyjdzie, ale na szczęście mąż może się zająć synkiem. Dokładnie o 16.08 schodzę po schodach, przy wyjściu mijam sąsiada i zaczynam powolny trucht chodnikiem w kierunku parku. Po  jakichś trzech minutach moje nogi robią się jakieś ciężkie, ale po chwili wbiegam na żwir i uczucie ciężkości mija. Pojawia się za to starszy pan, który woła za mną: Gdzie pani biegnie, na pewno pani zdąży! Po chwili jestem już w parku. Jego główną zaletą jest bliska odległość od mojego domu, a wadą, że jest naprawdę niewielki. Jak tu spędzić prawie pół godziny? Robię kółka, zygzaki, zmieniam kierunek biegu. O tej porze jest tu sporo ludzi, grupki młodzieży, ławeczki okupowane przez emerytów, rodzice ze swoimi pociechami zbierają kasztany, starsze małżeństwo spaceruje z kijami. Czy jestem tu jedynym biegaczem? Po chwili dostrzegam trenującego trzydziestolatka. Biegnie nieco szybszym tempem niż ja i ma chyba podobny problem z długością, czy raczej „krótkością” trasy, w każdym razie mijamy się jakieś pięć razy. A ja? W zasadzie ciągle biegnę, jakoś łapię oddech i stwierdzam, że jest całkiem przyjemnie. Cały tydzień na zmianę chmury i deszcze, a tu w piątkowe popołudnie wypogodziło się, temperatura taka w sam raz. Po 40 minutach jestem z powrotem w domu. Całotygodniowy stres jakby zelżał, humor się poprawił, a przede wszystkim cieszę się, że udało mi się dzisiaj wyruszyć. Co tam, jestem z siebie dumna! Po 40 minutach jestem z powrotem w domu. Policzki zaróżowione, włos w lekkim nieładzie, czuję się lekko, ale przyjemnie zmęczona i dotleniona.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>